Punkty widokowe Renmark

 

 

 

Renmark - jak już pisałam - to moje nowe miejsce zamieszkania w Australii. W wolnych chwilach zwiedzałam okolicę. Niekiedy w towarzystwie Barrego - mojego szefa i - po pewnym czasie - partnera. Cały świat do góry nogami.

W planie miałam roczną podróż dookoła Australii z przystankami po drodze na kilkumiesięczną pracę, żeby zaoszczędzić na dalsze wojaże. Plan podobny do większości backpackerów, czyli posiadaczy wizy Working Holiday Australia. Od szefa usłyszałam słowa krytyki i pytanie czy zamierzam tak podróżować po świecie przez całe życie. Mało kto lubi krytykę, więc zachwycona nie byłam.

 

Podczas swojej roadtrip po Australii oczywiscie miałam mnóstwo czasu na przemyślenie swojego życia. Chciałam zadbać o swoją przyszłość, więc myślałam o powrocie do Polski i ustatkowaniu się na jakiś czas, albo o oszczędzaniu pieniędzy podczas corocznej pracy w krajach Unii Europejskiej, gdzie nie muszę toczyć wojnę o wizę (za to czasem zmagać z językiem). 

Barry oczywiście bał się, że moja miłość do podróży jest nie do przeskoczenia i nie da rady mnie zatrzymać na dłużej w jednym miejscu. Po części miał rację. Robiłam wszystko, by mu się odwidziało i dał mi spokój, żebym mogła dalej zwiedzać Australię, a potem wyjechać. Kraj ten nie przypadł mi aż tak bardzo do gustu. Nawet gdybym miała taką możliwość, nie przedłużałabym tutaj wizy. Za dużo problemów z pracą i ludźmi. 

Barry to człowiek pracy, ja - wiadomo. Praca, pracą, ale po pracy wolę z "czystą głową" gdzieś pojechać, porobić zdjęcia i nacieszyć chwilą. Nieraz całymi dniami toczyliśmy gorące dyskuje, co jest lepsze. Barry - mam wrażenie - bardzo zazdrości mi mojego beztroskiego życia wolnego od odpowiedzialności, czyli bez kredytu na mieszkanie, dziecka itp. Największym - jego zdaniem - minusem monadzkiego trybu życia jest brak stabilizacji. 

 

Dla mnie z kolei najważniejsze jest szczęście osobiste i spokój, a nie kredyt na mieszkanie i harówka w imię lepszego jutra, które nie wiadomo co oznacza. Długo broniłam swej wolności. Mimo to, nie uciekłam od niego. Sytuacja ostatecznie ustabilizowała się (czyli przestałam wyrywać się ze szponów miłości, haha), a Barry przyznał, że też lubi gdzieś wyrwać się. Oczywiście ze mną. Pojechaliśmy więc do punktu widokowego Headings Cliffs. 

 

Jadąc do Headings Cliffs Lookout nie skręciliśmy w odpowiednim momencie i zajechaliśmy za daleko, aż do drogi, która kończy się przy rzece. Zauważyłam tam ścieżkę turystyczną i stwierdziłam, że: dobra - idziemy. Barry w szoku. - Jak to? Zmiana planu? Koniec końców poszłam sama, w chmurze irytujących much. Barry czekał w samochodzie.

Nie pamiętam, żebym walczyła z tyloma muchami w Zachodniej Australii. Tutaj much jest od groma. Mimo to, rejon rzeki Murray szczyci się statusem strefy wolnej od zabójczych dla plonów muszek owocowych. Według mnie żyją tu wszystkie rodzaje much świata, które zebrały się by polatać nad moją głową.

Po krótkiej wycieczce i szybkiej wspinaczce na jeden z klifów wróciłam do samochodu, gdzie czekał na mnie Barry, który zaczął marudzić, że musimy wracać, bo nie ma tu zasięgu w telefonie. - Na cholere mi chłop, skoro nie da się z nim nigdzie pojechać i odpocząć - pomyślałam obrażona. Na szczęście namówiłam go na zatrzymanie się przy punkcie widokowym Heading Cliffs Lookout. Nawet on wspiął się na wieżę widokową i stwierdził, że miałam rację - widok jest zachwycający.

Życie z wiecznie zajętym właścicielem firmy nie jest łatwe, ale - jako silna i niezależna kobieta, haha - wybrałam się ponownie, tym razem sama, do klifu nad rzeką Murray. Z punktu widokowego droga prowadziła do Parku Murtho. W planie miałam zjedzenie śniadania w malowniczej scenerii przy klifie.

Ludzie od lat żyjący w Renmark pewnie są przyzwyczajeni do TAKICH widoków tuż przy ich miasteczku. Sama mieszkając od urodzenia we Wrocławiu nie doceniałam jego piękna. Australia jest dla mnie tak egzotyczna, że każda, nawet najmniejsza rzecz, mnie zadziwia, bądź zachwyca. Usiadłam tuż na skraju klifu kontemplując nieziemski widok. Jak to możliwe, że nie ma tu tłumu turystów?

Obszar rezerwatu zajmują rozległe pomarańczowo-czerwone wydmy pokryte miękkim piaskiem lub szarawą gliną. Do Murtho Forest prowadzi Paringa-Murtho Road przy której zatrzymałam samochód i po śniadaniu poszłam na piechotę pozwiedzać okolicę i pohasać po skałach. Siedzenie na skraju klifu to nie był najmądrzejszy jednak pomysł. Po pierwsze - skała nie była zbyt stabilna, po drugie - po wstaniu okazało się, że mam na tyłku mnóstwo wbitych małych kolców, które zaczęły mnie uwierać.

 

Nie spacerowałam za długo. Upał i topniejące zapasy wody szybko mnie zawróciły. 

Dalej urządzałam samotne wycieczki. Nie miałam co liczyć na zalatanego szefa, któremu codziennie coś wypadało i zawalało się. Prawie zaczęłam popadać w paranoję i dostawałam gęsiej skórki na słowa "Marta, mamy problem". O przebojach na pomarańczowym polu jednak...w kolejnej części.

Zobacz także

  Mój nowy dom - Renmark           Z ranczo na pustynię          Żegnamy wioskę - Wave Rock

                  7 listopada 2016                                                  30 września 2016                                                 9 września 2016

Write a comment

Comments: 3
  • #1

    Radosław BlogPodrozniczy.com (Thursday, 24 November 2016)

    Piękne zdjęcia! Nie przypuszczałem, że takie cuda można zobaczyć w Australii.

  • #2

    Asia (Thursday, 24 November 2016 03:06)

    Niesamowite krajobrazy! Australia od dawna jest na liście moich podróżniczych marzeń :)

  • #3

    Mikołaj (Thursday, 24 November 2016 03:29)

    Hej :)
    Jako osoba osiadła w Polsce z kredytem hipotecznym, powiem tak:
    robiłbym wszystko, żeby nie osiadać w jednym miejscu, a tym bardziej w Polsce. Jesteś pierwszą osobą, która pisze o ludziach w Australii niekoniecznie tylko w samych superlatywach. Zawsze sluszałem tylko, jacy są fantastyczni. A widoki, supr, dzikośc taka prawdziwa :)