Przymusowy roadtrip. Z ranczo do samochodu

 

Po tygodniu pracy na ranczo, cowboy - mój dotychczasowy pracodawca - wziął mnie na rozmowę stwierdzając, że jednak nic z tego nie będzie i hmm...powinnam znaleźć sobie inną pracę.

 

Mogłam się tego spodziewać. W końcu nie odzywał się do mnie od kilku dni i zazwyczaj w milczeniu biegaliśmy za krowami. 

Kiedy straciłam swoją pierwszą pracę w barze, wyrobiłam sobie kilka kontaktów do różnych pracodawców w całej Australii. Oczywiście nie tracąc czasu, zaraz po otrzymaniu hiobowych wieści od cowboya, dzwoniłam i pisałam do potencjalnych szefów. W większości jednak proponowane stanowiska zostały obsadzone. Bez przekonania zadzwoniłam do Barrego, który oferował mi pracę w Renmark, miejscowości oddalonej od Perth o jakieś trzy tysiące kilometrów na wschód. Ku swojemu zaskoczeniu zostałam przyjęta. Czując zew przygody spakowałam manatki i rano dnia następnego wsiadłam do dzielnego Karola Corolla i pojechałam do Perth zastanawiając się po drodze nad planem podróży, która miała trwać minimum trzy dni.

Nie chciałam przejechać pół Australii w rekordowo niskim czasie, bo podejrzewałam, że drugi raz nie przejadę tej trasy. W końcu nie przyleciałam do Australii tylko za pracą. Jadąc do Perth chciałam zahaczyć o chociaż jeden park. Padło na Ellis Brook Valley - park z wieloma ścieżkami turystycznymi i pagórkami, na które można wdrapać się w pogoni za niezłymi widokami.

Ellis Brook Valley położone jest w dzielnicy Martin, kilka minut jazdy z centrum Perth. Miejsce to jest domem dla ponad 500 gatunków roślin, które można podziwiać podczas spaceru wzdłuż jednej z czterech ścieżek turystycznych. Nie tracąc czasu, wybrałam jedną z nich, po drodze ustalając miejsce następnego przystanku.

Spacer po parku wyszedł mi trochę chaotycznie. Szłam wzdłuż ścieżki, robiłam zdjęcia, ale w środku wciąż zastanawiałam się jak będzie wyglądała moja podróż. Czy samochód nie rozkraczy mi się po drodze, czy dojadę cała i zdrowa, co mam po drodze zwiedzać i czy wystarczy mi czasu. Z duszą na ramieniu wspięłam się na wzniesienie i podziwiałam widok na okolicę.

Po drugiej stronie wzgórza znajduje się kopalnia i sztuczny zbiornik wodny (?), który wygląda jak polodowcowe jezioro w Kanadzie. Byłam zachwycona.

 

Powrót miałam trudniejszy niż powinien. Zgubiłam trasę i szłam na przełaj przez krzaki raniąc sobie ręce o kolce i błagając na wszystkie świętości, bym nie spotkała żadnego węża. Spieszyłam się do samochodu, by pojechać dalej. Obliczyłam, że dziennie powinnam przejechać minimum 8 godzin. Za sobą miałam raptem dwie i pół, a było już popołudnie. 

Pierwszego dnia mojej wielkiej wyprawy miałam energię i entuzjazm do robienia częstych przystanków po drodze, a nawet zbaczania z trasy. Jak tylko zobaczyłam ciekawy, malowniczy widok, zatrzymywałam samochód i zabierałam się za sesję zdjęciową. 

Teoretycznie trasa z farmy cowboy'a do Renmark prowadziła najpierw na południe w stronę Perth, a później autostradą 94 na wschód. Wspinając się na jeden ze szczytów w Ellis Brook Valley wymyśliłam, że pojadę do Parku Narodowego D'Entrecasteaux znajdującego się na samym południu stanu.  Zbaczając z trasy dodałam sobie "trochę" kilometrów. Wieczorem okazało się ile.

Do lasu dojechałam tuż przed zachodem słońca. Zaczęłam stresować się, że praktycznie nie zbliżałam się do Renmark. Przejechałam ponad 500 kilometrów, a przed sobą dalej miałam prawie 3 tysiące. Na pocieszenie zobaczyłam stado uciekających strusi, a później kumkającą w krzakach toksyczną żabę, którą udało mi się uwiecznić.

Park Narodowy D'Entrecasteaux, którego nazwa pochodzi od nazwiska francuskiego admirała, mierzy 130 kilometrów szerokości, więc jak łatwo sobie wyobrazić...wpadłam jak śliwka w kompot. Nie mogłam wycofać się po zrobieniu tylu kilometrów. Chciałam zobaczyć punkty widokowe parku, więc ruszyłam z kopyta kierując się krętą, pustą o tej porze dnia, drogą.

W końcu dojechałam do wybrzeża Oceanu Indyjskiego i niezwykle malowniczych punktów widokowych parku. Jeżeli miałam do tej pory jakiekolwiek wątpliwości odnośnie słuszności podjętej decyzji - te właśnie zostały rozwiane.

Mimo późnej pory, nie odmówiłam sobie spaceru wzdłuż ścieżki turystycznej. Coraz częściej też widziałam kangury, które patrzyły z niedowierzaniem na mnie - wydawać by się mogło zagubionego wędrowca późną porą.

W parku można znaleźć niemal wszystko, co tylko dusza zapragnie: od plaż, wydm i nadmorskich klifów po wrzosowiska, lasy i bazaltowe pozostałości powulkaniczne. 

Wyprawa wyprawą, ale jechałam za pracą, a wjeżdżając do parku straciłam cały dzień jazdy. Zostałam zmuszona do zerwania swojego pierwszego przykazania wyjazdu - nie będę jechała w nocy.

 

Przykazanie było spowodowane bezpieczeństwem - w końcu prawo jazdy mam od dwóch miesięcy. Z drugiej strony chciałam też po drodze podziwiać widoki. Tym razem jednak musiałam trasę w Parku Narodowym pokonać dwa razy. Do wyboru miałam albo nocowanie w D'Entrecasteaux, albo niespieszną jazdę samochodem przez las w nocy.

 

Żeby rano nie obudzić się z jakimś dziwnym stworem na głowie, pojechałam z powrotem do lasu obiecując sobie, że będę jechała wolno, a w razie "W" zatrzymam się gdzieś poza drogą. Wracając do samochodu, na pożegnanie, zobaczyłam romantyczną parę kangurów na tle zachodzącego słońca, które niuchały mnie z daleka.

Kiedy jechałam przez las, kangury tłumnie wychodziły na jezdnie i kilka razy musiałam na nie trąbić, żeby pohasały gdzieś indziej. Wyjeżdżając z lasu było już zupełnie ciemno. Przejechałam jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, aż postanowiłam zaparkować samochód na przydrożnym parkingu.

 

Na jakimś forum wyczytałam, że póki nie ma zakazu, można spać w samochodzie przy autostradzie, byle z dala od miasta. Raz na pół godziny w okolicy parkingu przejeżdżał samochód bądź ciężarówka. Nie myśląc za wiele na temat możliwych stworzeń czających się w krzakach, poszłam spać skulona na tylnym siedzeniu samochodu przykryta śpiworem. Prawa stopa bolała mnie od stałego naciskania pedała gazu. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Niemal natychmiast zasnęłam.

Kiedy obudziłam się zaczęło świtać. Nikt mnie nie zamordował, ani nie okradł. Wyszłam z samochodu by umyć zęby i trochę odświeżyć się, jednak po pięciu minutach wróciłam do samochodu z lekką paniką, bo usłyszałam jakiś tajemniczy szelest wydobywający się z krzaków. Wyprawa: dzień drugi właśnie się zaczęła.

 

Z samego rana pojawił się spory problem: benzyna, a właściwie jej brak. Być może każdy, kto to czyta, doskonale wie, że Australia to ogromny kraj z jeszcze większymi odległościami między miastami. Poprzedniego dnia, kiedy miałam spory zapas benzyny, co chwila widziałam stacje benzynowe. Tym razem jechałam samotnie przez niemal pustą drogę. 

Jak pech to pech. Nigdzie żadnej informacji, gdzie można najbliżej zatankować. Jechałam przed siebie myśląc, że przecież stacja nie może być tak daleko. Oczywiście myliłam się. Kontrolka coraz częściej paliła się wściekle pomarańczowo, a ja ze stanem przedzawałowym rozglądałam się za jakimikolwiek śladem cywilizacji. Żeby tego było mało, przez jakiś czas, przede mną jechała ciężarówka załadowana drewnem, której widok pobudzał i tak rozchulaną wyobraźnię: drewno zaraz wysypie się prosto w moją przednią szybę. Szybka śmierć i problem z paliwem z głowy, haha.

 

Jest! W końcu pojawił się znak: miasteczko Rocky Gully: 7 km. Jeśli samochód zdechnie mi po drodze - zawsze mogę dojść na piechotę i nalać benzynę do butelki. Samochód na szczęście doczłapał się ostatkiem sił do stacji, przy której niemal wydał ostatnie tchnienie. Ta jednak okazała się...zamknięta.

Była 7 rano, a stację benzynową otwierali o 8. Pochodziłam przez godzinę po okolicy nieciekawego miasteczka Rocky Gully, a potem wytrwale czekałam aż "wczorajsza" zaspana kasjerka łaskawie naleje mi benzyny do pełna. Była ona pierwszą istotą, z którą rozmawiałam od poprzedniego dnia. Po zakupie dużej butelki wody, prowiantu i bardzo krótkiej pogawędce (kasjerka nie wydawała się specjalnie zainteresowana pogaduszkami) mogłam jechać dalej. 

Do Renmark miałam 2.7 tys. kilometrów i jakieś 28 godzin jazdy bez przerwy. Nie żałowałam wyjazdu do Parku Narodowego D'Entrecasteaux, ale nie chciałam już więcej aż tak zbaczać z trasy.

 

Postanowienie to niemal natychmiast zerwałam, kiedy przejeżdżałam przez górzysty rejon i zobaczyłam drogowskaz do kempingu i punktu widokowego Parku Narodowego Stirling Range, do którego miałam jakieś 40 kilometrów. Przezornie sprawdziłam ilość paliwa: mniej niż połowa baku. Drogowskazy wskazywały, że do najbliższego miasteczka było 50 kilometrów. Zadzwoniłam nawet do Parku z pytaniem, czy mają tam stację benzynową, jednak pani na infolinii poinformowała mnie, że najbliższą stację minęłam jakieś 20 kilometrów temu. Nie chciałam ryzykować, ani tracić czas na powrót. Porobiłam kilka zdjęć i pojechałam dalej, autostradą przez las.

Jedną z najbardziej znamiennych rzeczy dla wycieczek samochodowych są pit stopy, czyli przystanki dla odświeżenia umysłu, zatankowania, napicia się i zjedzenia czegoś. Przez pierwsze dni bardzo mnie to ekscytowało, że należę do elitarnego grona znużonych wycieczkowiczów, którzy robią przystanki gdzieś na odludziu. Widząc podobnych do mnie roadtriperów miałam ochotę podejść i zagaić: - Co, też podróżujesz po Australii? (w domyśle: dla mnie to codzienność, jestem taakaa super, ty też masz w sobie olśniewający blask niepospolitości i tajemnicy, wszyscy jesteśmy fest podróżnikami po wielkiej, fascynującej Australii).

 

Drugiego dnia swojego roadtrip, swoją przerwę na rozprostowanie nóg zrobiłam w Amelup - miasteczku położonym tuż przy Parku Narodowym Stirling, na jego północnym krańcu. Obszar ten był w latach 90. XIX wieku ośrodkiem handlu drzewa sandałowego. Obecnie jest popularne ze względu na znak mówiący: "Uwaga przejście nudystów" przy głównej drodze. Zatankowałam do pełna, napiłam się kawy, ucięłam krótką pogawędkę ze sprzedawczynią, porobiłam zdjęcia i pojechałam dalej. 

Po przejechaniu przez Park Narodowy i wyjechaniu na autostradę numer 1 - teren stał się płaski i nudny, a droga prosta i monotonna. Była to wielka odmiana po krętej autostradzie w lesie.

Drugiego dnia swojej roadtrip znacznie zbliżyłam się do Renmark, wątpiłam jednak, że dojadę tam w trzy dni. Dziennie mogłam jechać około osiem, dziewięć godzin i - mimo wszystko - nie po zmroku.

 

Nie traciłam humoru, wręcz przeciwnie - byłam w euforii. Radośnie przemierzałam kilometry śpiewając przy tym piosenki ze swojej składkanki. Czułam się wolna, niezależna i niczym nieograniczona. Jednym słowem: szczęśliwa.

Wieczorem znalazłam ustronny parking przy autostradzie i zasnęłam snem sprawiedliwego. Tym razem nie byłam sama, bo na parkingu widziałam również przyczepę kempingową. Przynajmniej miałam pewność, że nie jestem jedynym szaleńcem, który nocuje w takim miejscu. 

 

Rano o świcie, po prowizorycznej porannej toalecie, wyruszyłam w dalszą podróż do Renmark. Trzeci dzień podróży właśnie się rozpoczął.

Euforia podróżnicza powoli mijała. Droga dłużyła się, upał doskwierał. Jechałam przez wszechogarniającą pustynię. Nie mogłam jednak odmówić zrobienia kilku zdjęć i zjechałam do punktu widokowego na pustynny krajobraz. Byłam wykończona, ale i zachwycona widokiem. 

Po trzech dniach, przejechaniu ponad dwóch tysięcy kilometrów i po wielu przygodach w końcu zobaczyłam znak mówiący o odnalezieniu raju utraconego, złotego runa i dojechaniu do Itaki: Witamy w Południowej Australii. Właśnie przejechałam wszerz największy stan Australii. Zbliżyłam się też do Wielkiej Zatoki Australijskiej - szeroko otwartej zatoki Oceanu Indyjskiego. Zjechałam wraz z innymi wczasowiczami do punktu widokowego i, w odróżnieniu od turystów, spędziłam tam tylko chwilę robiąc pospiesznie fotki i ultraszybko kontemplując widok.

Swój pierwszy pit stop w Południowej Australii zrobiłam zaraz, jak tylko zobaczyłam prysznic przy stacji benzynowej w Nullarbor. Cena nie grała roli, chociaż bolała. Przyjemność chłodnego prysznica i umytych włosów jest bezcenna. Benzyna, jak się okazało, również. Jej koszt na pustyni wzrósł niemal dwukrotnie. 

Wzięłam ożeźwiający prysznic i usiadłam w kawiarnii napić się kawy i chwilę poczatować ze znajomymi informując o tym, że dalej żyję i mam się dobrze. Było coś magicznego w tej chwili. Czułam wolność, spokój, a jednocześnie siłę napędową. Trzeciego dnia podróży przyszła upragniona równowaga ducha. 

 

Na zewnątrz wiał porywisty wiatr. Przy samochodzie zauważyłam, że gdzieś zgubiłam kartę do aparatu, więc zrozpaczona zawróciłam. Koniec mojej równowagi ducha, haha. Wtedy zaczepił mnie Ben. Okazało się, że spotkałam go wcześniej przy punkcie widokowym na Wielką Zatokę Australijską. Ben jest Australijczykiem, który wybrał się w roczną podróż po Australii. Powiedział, że jestem pierwszą młodą osobą, którą widzi od wielu dni. Wtedy rozejrzałam się. Faktycznie wokół pełno było emerytów w przyczepach kempingowych. Ben - podobnie jak ja - nie rozmawiał z nikim dłużej od jakiegoś czasu. Nagadaliśmy się za wszystkie czasy, a ja w między czasie znalazłam swoją kartę. Porywisty wiatr podwiewał mi spódniczkę, co trochę przeszkadzało mi w konwersacji. Zawstydzona szybko pożegnałam się i wróciłam do swojego samochodu. Ben jechał na zachód, ja na wschód. Odjeżdżając widziałam w lusterku niesamowity kolor zachodzącego słońca, który nadawał wszystkiemu złoto-pomarańczową tonację. 

Ostatnią noc spędziłam przy wjeździe do miasteczka Ceduny. Przed sobą zostało mi niecałe 9 godzin jazdy. Była to moja ostatnia noc w samochodzie. Po dziesięciu godzinach jazdy nadeszła pora odpoczynku.

 

Miasto-port Ceduna położona jest nad Wielką Zatoką Australijską na Półwyspie Eyrego. Rano po prowizorycznej toalecie w irytującej chmurze much pojechałam do miasteczka zatankować i coś zjeść. Śniadanie miałam w najlepszym miejscu na świecie - na plaży.

Być może niektórzy zastanawiają się, dlaczego nie spędziłam nocy w łóżku, gdzieś w Cedunii w hostelu, lub przynajmniej próbując swoich sił przez couchsurfing. Wierz mi, bądź nie, ale nie chciało mi się. Do Cedunii dojechałam w okolicach 21 i byłam tak zmęczona, że nie miałam nawet ochoty szukać w mieście noclegu. Poza tym wiedziałam, że to moja ostatnia noc w samochodzie, więc nie miałam aż tak silnej motywacji.

 

Zresztą mam ciągnoty do ekstremalnych przeżyć, ale ciii.

Czwartego i zarazem ostatniego dnia mojej wyprawy, ponownie zaczęłam robić więcej przystanków. Pierwszy postój miałam, jak tylko zobaczyłam znak informujący o ciekawym puncie widokowym - Waddikee Rock w Koongawa - niewielkiej formacji skalnej, na którą wspiełam się i na szczycie której spotkałam pewną hipisowską parę. Para z kwiatami we włosach beztrosko opalała się i gawędziła. Też bym się poopalała. Zamiast tego pojechałam dalej w stronę Port Augusta.

 

Port Augusta to niewielkie miasto-port położone na wschodnim wybrzeżu Zatoki Spencera. To, co najbardziej zachwycające w tej części kraju, to otaczające góry Flindersa - największe pasmo górskie w Południowej Australii. Kiedy zbliżałam się do miasta wiał gwałtowny wiatr, który czasem spychał samochód na pobocze, więc musiałam mocno trzymać kierownicę. Mimo groźnych warunków pogodowych, byłam zachwycona widokiem. Żałowałam, że nie mogę zostać tam dłużej. Obiecałam sobie, że na pewno tam wrócę. Do Renmark zostało mi zaledwie cztery godziny jazdy.

Port Augusta był moim ostatnim pit stopem. Usiadłam w kawiarnii samotnie sącząć kawę. Wiedziałam, że została mi ostatnia prosta do Renmark. Nie wiedziałam co mnie tam czeka. Z jednej strony byłam przygnębiona, że moja podróż właśnie dobiega końca, a z drugiej czułam ulgę. Byłam zmęczona i brakowało mi kogoś, z kim mogłam podzielić się ze swoimi myślami na żywo. Kiedyś miałam pomysł odbycia samotnej, około miesięcznej wędrówki z plecakiem w górach, ale teraz zwątpiłam w tego sens. Być może czwartego dnia mojej roadtrip nadszedł pierwszy - poważny kryzys psychiczny. Zwątpiłam w swoją moc i samowystarczalność. Pocieszałam się tym, że wkrótce pogadam z kimś w Renmark. Z tą myślą wdrapałam się na wieżę widokową, z której rozciągał się widok na całe Port Augusta.

Przede mną ostatni odcinek wyprawy - niecałe 400 kilometrów. Co to jest w porównaniu z trzema tysiącami? Wsiadłam do samochodu i pojechałam autostradą na południe, a potem wschód do Renmark.

 

Niby pokonałam tysiące kilometrów, a dalej niepewnie czułam się za kierownicą w mieście. W Cedunii prawie zajechałam komuś drogę, a w Port Augusta wolałam zaparkować na parkingu i iść kilometr na piechotę do kawiarnii niż jechać samochodem. Mogę jednak przyznać, że autostradą jechałam w niemal wszystkich warunkach pogodowych i drogowych: noc, upał, drogą krętą i prostą jak drut, w lesie i na pustyni, drogą asfaltową i gruntową. Brakowało tylko jednego: deszczu.

 

Wiatr w Port Augusta zamienił się, wraz z upływem kilometrów, najpierw w mżawkę, a potem, regularny deszcz. Kiedy jechałam krętą drogą poprowadzoną między soczyście zielonymi wzgórzami, nastąpiło oberwanie chmury. Maksymalnie zwalniałam, zwłaszcza przy mocnych zakrętach, jednak za mną powoli zbierał się łańcuszek innych samochodów, co dodatkowo stresowało mnie. W końcu zrobiło się zupełnie ciemno, deszcz nie przestawał padać i, mimo świateł, prawie niczego przed sobą nie widziałam. Przede mną wlokła się ciężarówka, postanowiłam po prostu jechać za nią nie wychylając się poza swoj pas ruchu.

 

W końcu dojechałam. Po 38 godzinach jazdy, 3.5 tysięcy kilometrów, trzech nocach w samochodzie, wielu przygodach i przemyśleniach, dojechałam do miejsca, który stał się ostatecznie i - mam nadzieję na dłużej - moim domem. O nim jednak...w kolejnym poście.

Write a comment

Comments: 3
  • #1

    Rysiek (Monday, 31 October 2016 08:14)

    Oj, bejbe! Co za wyprawa! :D Nie ma to jak mknąć samochodem w nieznane :)

  • #2

    Ola (Tuesday, 01 November 2016 12:53)

    Cudowna, odważna podróż. A te zachody słońca - miodzio. Zwłaszcza ten z kangurem :-))

  • #3

    Natasza (Wednesday, 02 November 2016 05:17)

    Parka kangurków <3 Dobra koniec rozczulania się nad sobą. Mam prawko 7 lat a panikuje, bo za miesiąc mam zrobić 700 km w dwie strony, a ty po 2 miesiącach zrobiłaś 3,5 k jedną trasą. Wow podziwiam. Widoki ze zdjęć też.