Z ranczo na pustynię

 

 

Po tygodniu harówki uganiania się za krowami nadszedł upragniony weekend. Rejon Perth obfituje w wiele pięknych parków narodowych, lasów stanowych i plaż. W pobliżu znalazłam kilka miejsc, które chciałam zobaczyć. Pewnego dnia wsiadłam do dzielnego Karola "corolla" i pognałam do Parku Narodowego Pinnacles Desert.

Pustynia Pinnacles to chyba najpopularniejszy cel wycieczek w Zachodniej Australii. Położona w Parku Narodowym Nambung, niedaleko Cervantes, Pinnacles Desert jest obszarem z tysiącami wapiennych formacji zwanymi pinnacles, czyli szczytami, tudzież pinaklami. Tradycyjnie uznawanymi opiekunami tych terenów przed Europejczykami byli ludzie plemienia Yued. Nazwa Nambung pochodzi od rdzennego australijskiego słowa prawdopodobnie oznaczającego "zakrzywiony" lub "poskręcany". W 1938 roku mianem tym nazwano rzekę płynącą przez park, która znika w systemie wapiennych jaskiń.

 

Zanim jednak dotarłam do pustyni, kilka razy zboczyłam z głównej trasy kierując się znakami informującymi o różnych lasach narodowych, czy punktach widokowych. 

Do tej pory musiałam prosić kierowcę o zatrzymanie się, czy skręcenie gdzieś. Od pewnego czasu sama wyznaczam sobie trasę i skręcam, czy zatrzymuję się gdzie mi się żywnie podoba. Niestety, zazwyczaj moje przystanki okazywały się mało interesujące, ale przynajmniej moja ciekawość została w pełni zaspokojona.

W końcu po kilku przystankach i buszowaniu w krzakach, dojechałam do pustyni Pinnacles, gdzie koślawo zaparkowałam na parkingu myśląc, że lepiej pójść na piechotę i spokojnie fotografować, niż jechać kilkukilometrową trasą samochodową.

Wapienne słupy położone w Parku Narodowym Nambung to wyblakłe i zniszczone pozostałości różnych organizmów morskich, takich jak koralowce i mięczaki. Położone na żółtej piaszczystej pustyni gdzieniegdzie rozproszone szczyty osiągają wysokość do 3,5 metrów.

Ścieżka turystyczna oraz trasa samochodowa poprowadzona jest malowniczo między wapiennymi pinaklami i piaszczystymi diunami. Te zajmują niewielki obszar rozległej pustyni. Krążąc między pinaklami zainteresowałam się wydmami, a raczej tym, co może kryć się po ich drugiej stronie. 

Coraz bardziej oddalałam się od głównej części Parku Narodowego z milionem pinakli i jeszcze większą ilością turystów. Rozglądałam się za znakami zakazującymi chodzenia po pustyni. Nie ma zakazu, czyli hulaj dusza - piekła nie ma. Od czasu do czasu widziałam ślady butów innych rebeliantów i poszukiwaczy przygód.

Samotny spacer po pustyni ma w sobie moc. Na tyle oddaliłam się od głównego szlaku, że przestałam słyszeć dźwięk samochodów czy rozmowy turystów. Niczym Mojżesz przemierzałam dziewicze piaski pustynne rozważając tajemnice życia, sens istnienia, przyszłość naszej marnej egzystencji i to, czy przy powrocie zadziała mi nawigacja w telefonie.

Nawigacja na szczęście pomyślnie i bez większych przygód zaprowadziła mnie z powrotem na parking. Po drodze przeszłam się oficjalną, pieszą trasą wokół pinakli, która może i obfitowała w ciekawsze widoki niż sama pustynia, ale to, co zobaczyłam wspinając się samotnie na piaszczyste wydmy i potem z nich zbiegając, to moje.

Drugiego dnia z kolei wybrałam się do Parku Narodowego Leseur znajdującego się na północ od Parku Narodowego Nambung. Ponownie po drodze zatrzymywałam się na szybkie sesje zdjęciowe w plenerze.

Do Parku Prowadzi kręta jezdnia, na poboczu której zaparkowanych było pełno samochodów. Wraz z innymi turystami, co kilka metrów, zatrzymywałam samochód by porobić zdjęcia.

Park Narodowy Lesueur, obejmując niecałe 27 tys. hektarów, jest domem dla ponad 900 gatunków roślin, stanowiąc 10 procent całej znanej flory Zachodniej Australii. Na terenie parku znajdują się słone jeziora, bagniska, wrzosowiska, pozostałości nadbrzeżnych wydm oraz dwie laterytowe góry: Mount Lesueur i Mount Michaud będące znakami ropoznawczymi parku.

Po drodze do parkingu wychodziłam z samochodu i buszowałam w krzakach podziwiając niezwykłą roślinność Australii. Mój entuzjazm nieco ostudził przypadkowy przechodzień uprzejmie informując o czających się w chaszczach wężach.

Z każdym kilometrem zbliżałam się do Mount Lesueur i Mount Michaud w rezerwacie Cockleshell Gully - dwóch gór o płaskich szczytach. Sfotografowana niemal ze wszystkich stron Mount Lesueur została po raz pierwszy zauważona i nazwana przez Europejczyków podczas wyprawy południowoaustralijskiej na statku "Naturaliste" na początku XIX wieku. Góra otrzymała swą nazwę na cześć Karola Aleksandra Lesuera, artysty malarza i zarazem uczestnika ekspedycji.

 

Po dojechaniu do parkingu znajdującego się przy górze Mount Lesueur zobaczyłam trasę turystyczną prowadzącą na szczyt wzniesienia. Oczywiście nie odmówiłam sobie wspinaczki.

Po kilkudziesięciu metrach droga rozwidla się. Wybierając jedną z dwóch opcji, można udać się na szczyt góry lub dookoła wydzielonego rezerwatu Cockleshell Gully. Druga trasa, którą nie byłam zainteresowana, prowadzi częściowo wokół znajdującego się na przeciwko Mount Lesueur wzniesienia. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że po godzinie i powrocie do parkingu zorientowałam się, że pomyliłam ze sobą góry.

Nic to. Miałam szczęście. Zima ponoć jest najlepszą porą na zwiedzanie parku ze względu na bogactwo kolorów egzotycznych kwiatów. Miejsce to jest zwane "ogrodem rajskim", w którym znaleźć można rzadkie i endemiczne gatunki roślin.

Po powrocie na parking i zrozumieniu swej wpadki nie poddałam się. Z powrotem weszłam na trasę i obrałam inną ścieżkę po rozwidleniu głównej drogi. Wydawało mi się, że druga góra jest znacznie wyższa i położona znacznie dalej. Wędrówka na szczyt Mount Lesueur zajęła mi jednak około pół godziny.

Krótka wspinaczka na niemal okrągłe, płaskie wzgórze dostarcza niesamowite widoki na laterytową równinę dokładnie porośniętą zieloną roślinnością. Na szczycie zbudowano wąską ścieżkę przez kolczaste krzewy prowadzącą na drugi koniec wzniesienia. Po drodze przyglądałam się co rusz nowemu gatunkowi. Każda roślina była wyjątkowa, a niektóre kwiaty wyglądały wręcz jak plastikowe. 

Po drodze do domu znowu zbaczałam z trasy, by zobaczyć co kryją tajemnicze drogi gruntowe. Zazwyczaj nic ciekawego niestety.

 

Po powrocie do domu mój cowboy zazwyczaj nie odzywał się, albo odpowiadał enigmatycznie "mhm" kiedy starałam się zagadać. Nie łatwo jest tak z kimś pracować, ale robiłam co w mojej mocy, by krowy były całe i cowboy zadowolony. Po tygodniu okazało się, że zawiodłam. O tym jednak...w kolejnej części.

Zobacz także

         Witamy na ranczo           Żegnamy wioskę - Wave Rock         Dinozaury w Albercie

                 17 września 2016                                                 9 września 2016                                                         16 marca 2016

Write a comment

Comments: 1
  • #1

    Rysiu (Sunday, 09 October 2016 11:00)

    Mój Ty Mojżeszu pustyni! Nieziemskie zdjęcia porobiłaś! Zwłaszcza to z żółtymi kwiatkami wygląda świetnie. I to ze śladami stóp na wydmie. Nic tylko wywołać i oprawić :D