Witamy na ranczo

 

Po trzech dniach bezdomności w Perth miałam jechać do swojego nowego miejsca pracy oddalonego od Perth o ponad dwie godziny jazdy samochodem. Z samego rana wybrałam się po swoje nowe cudeńko - toyotę corollę - które nazwałam Karol. Po wyjechaniu na drogę pierwsze kilkanaście metrów pokonałam pod prąd. Zapowiadało się interesująco...

Prawo jazdy zrobiłam dokładnie dwa miesiące temu, po tym jak wróciłam z podróży po USA. Ledwo odebrałam dokument (w tym międzynarodowe prawo jazdy), wsiadłam do samolotu do Australii, gdzie przepisów musiałam nauczyć się od nowa. 

 

Pierwsze kilometry pokonałam w drodze do sklepu by kupić gumofilce. Parkowanie zajęło mi dobre pięć minut. Potem z ciekawości chciałam zajrzeć pod maskę żeby sprawdzić, czy nie potrzebuję oleju silnikowego. Po kilku minutach bezowocnego mocowania się - dałam sobie spokój. Przede mną pierwszy test samochodu - dwie godziny jazdy do mieszkania nowego pracodawcy, który nawet nie podał dokładnego adresu, bo mieszkał dosłownie w polu po środku niczego. 

Po wjeździe na autostradę uspokoiłam się. Nie musiałam już ciągle w duchu powtarzać "trzymaj się lewej krawędzi, trzymaj się lewej..." Zaczęło padać i ściemniać się. W końcu skręciłam w drogę gruntową i w blasku zachodzącego słońca dojechałam do miejsca skąd Tim miał pokazać mi drogę do domu.

 

Tim bez zbędnych ceregieli i kurtuazyjnych powitań powiadomił mnie, że mam uważać, bo po deszczu droga jest bardzo śliska. Zaczęła się prawdziwa szkoła jazdy. Koła co chwila wpadały w poślizg. Po kilkunastu minutach, z prędkością 10 km/h i ufajdanym Karolem zajechaliśmy w końcu do domu. Jak tylko wysiadłam z samochodu, rzucił się na mnie wielki wyżeł, który radośnie machając ogonem zabrał się za powitanie nowego gościa. Takie miałam powitanie na ranczo.

Wieczorem podczas kolacji - swojskiej wołowiny z ziemniakami - Tim włączył film pokazujący jak współcześni cowboye zapędzają byki do zagrody. Otóż ogólna zasada od wieków jest ta sama - byki uciekają przed ludźmi i są przy tym piekielnie szybkie. Ludzie więc niegdyś doganiali je na koniach, dziś zaś w superwytrzymałych terenówkach. Ponadto utarło się przekonanie, że cowboye łapią byki na lasso. 

- Tak robią pieprz*ni Jankesi - odparł twardo Tim. My tu ciągniemy byki za ogony.

 

Czujesz? Australijscy cowboye ciągną byka za ogon. Prawdziwi twardziele. Ja na szczęście - według tego co mówił Tim - głównie miałam zajmować się krowami. Krowy kojarzyły mi się ze spokojnymi i nieco ospałymi zwierzętami, więc byłam spokojna o swoje życie.

 

- Zobaczysz wszystko jutro - powiedział krótko Tim, a potem uprzedził, że mamy pobudkę o 6 rano. Podekscytowana poszłam spać.

Z rana założyliśmy gumofilce i pojechaliśmy na farmę, a dokładnie do Emu Downs Wind Farm - słynną elektrownię wiatrową położoną przy Cervantes będącą wspólnym przedsięwzięciem dwóch firm: Stanwell Corporation i Griffin Energy. Budowa elektrowni pochłonęła 180 milionów dolarów, a turbiny wiatrowe ruszyły w 2006 roku. Dziesięć lat później pewna początkująca cowbojka pojawiła się na farmie myśląc, że ujarzmianie krów to prosta sprawa.

Pomiędzy turbinami pasie się bydło. Na początek Tim zabrał się do zapędzania krów do zagrody. Pojechaliśmy na przełaj dzielną terenówką. Tim zaczął gwizdać i machać kapeluszem zza otwartego okna, a ja trzymałam się kurczowo poręczy w samochodzie zastanawiając się, czy też będę tak musiała robić w przyszłości. Na razie nie zajmowałam się niczym szczególnym.

 

Krowy same wiedziały gdzie iść i kiedy Tim zebrał większą grupkę, nagle wszystkie zaczęły podążać do bramy zagrody. Wszystko szło jak po maśle. 

Krowy, którymi zajmujemy się, są mięsne i przeznaczone na eksport. Tim wytłumaczył, że jego krowy są (oczywiście) najlepsze na świecie, bo pozbawione chorób. Australia ma wysokie standardy ochrony środowiska i lokalnego klimatu. Przykładowo pomiędzy niektórymi stanami zabronione jest przewożenie świeżych owoców i warzyw ze względu na ochronę przed muszkami owocowymi. 

 

W końcu przyjechał tir z nowymi krowami. Nadszedł moment bym mogła wykazać się. Każda nowa krowa musi zostać zważona i zeskanowana. Do tego przeznaczone są odpowiednie klatki, do których mam zapędzić krowę. Jak? Wykorzystując ich strach przed człowiekiem. Wystarczy, że podejdę do zwierzęcia, a te momentalnie cofa się i ucieka.  

Czego dowiedziałam podczas pracy na ranczo? Po pierwsze już wiem dlaczego cowboje noszą kapelusze z rondem. Otóż ze względu na "deszcz krowiego łajna" spadający przy rozładunku krów z tira. Poza tym krowy bywają nerwowe i wojownicze, a wchodząc do zagrody można oberwać. Zastanawiałam się czy cowboy nie przewidział możliwości zostania stratowanym, czy też nigdy nikomu do tej pory to się nie zdarzyło. Jakby nie było, odważnie wchodziłam do zagrody i przeganiałam przestraszone zwierzęta, a jeśli któraś pokazywała rogi to powoli wycofywałam się. Raz nawet zapędziłam się i weszłam do zagrody z bykami, które nie wyglądały na zachwycone. Chyba chciałam pokazać Timowi, że jestem super pracownikiem. Mimo moich wysiłków, na początku jeśli udało mi się przegonić kilka krów to było dobrze. Z czasem nabrałam wprawy. Raz nawet aż za bardzo.

 

Segregujemy bydło w kilku zagrodach różnej wielkości. Najtrudniejsza jest największa. Pewnego razu, podczas skanowania nowych byczków, udało mi się zapędzić prawie wszystkie do kolejnej zagrody. Duma i radość jednak nie trwały za długo...okazało się, że przerażone bydło stratowały jednego ze swoich. Potem Tim powiedział, że dlatego segregujemy je i przenosimy z jednej zagrody do drugiej, w mniejszej ilości, żeby uniknąć zadeptania.

Praca - jak Tim zapowiadał - była brudna. Nie raz krowie łajno miałam dosłownie wszędzie, łącznie z twarzą. Biegając za krowami błoto wymieszane z łajnem rozbryzgiwało się na wszystkie strony, tak, że po kilkunastu godzinach pracy wyglądałam jak siedem nieszczęść. Mimo to, praca podobała mi się. Zwłaszcza kiedy Tim pozwolił mi prowadzić traktor. Czasem też musiałam prowadzić jego terenówkę. Ciekawa jestem czy zatrudniłby mnie, gdyby wiedział, że jestem bardzo świeżym kierowcą. 

Po pięciu dniach harówki i gonienia za bydłem, dostałam dwa dni wolne, które wykorzystałam na zwiedzenia. O tym jednak...w kolejnej części.

Write a comment

Comments: 0