Bezdomność w Perth

 

 

 

 

Courtney wybrałam się ostatni raz gdzieś samochodem. Dokładnie na przystanek skąd autobus zawiózł mnie do Perth. Na odchodne moja była już współpracownica rzuciła - powodzenia i pamiętaj - Australia jest wielka.

 

Dwa plecaki, prawie pusty portfel i z duszą na ramieniu zapakowałam się do środka trzymając kurczowo telefon i wysyłając wiadomości na Couchsurfingu, czy ktoś mógłby mnie przenocować. 

 

- Jeśli nie uda się, znajdę jakiś hostel - pomyślałam, chociaż wolałabym zaoszczędzić. W między czasie wysłałam wiadomość na grupie fejsbukowej, że straciłam pracę, nie dostałam pieniędzy i szukam czegokolwiek w Perth lub okolicy. Na szczęście dostałam kilka wiadomości od potencjalnych pracodawców lub pracowników, którzy wiedzą, że ich pracodawcy szukają ludzi. Napisał również do mnie Adi - niedoszły student z Perth, który "łączy się ze mną w bólu". Adi po rozmowie zaproponował, że mnie przenocuje. 

Adi przyznał, że nie może znaleźć pracy w Perth od dwóch miesięcy. Nie napawało mnie to optymizmem. Ucieszyłam się jednak, że mimo problemów sam z chęcią mi pomoże i podwiezie z dworca autobusowego do domu. Po drodze stwierdził, że chce tylko zapytać gdzieś o pracę. Nie miał jednak adresu i poprosił mnie o sprawdzenie ogłoszenia na Gumtree, którego nie mogłam znaleźć, więc zatrzymaliśmy się na jakimś parkingu. W końcu organizm zbuntował mi się i prawie zwymiotowałam, więc musiałam wysiąść z samochodu i pooddychać świeżym powietrzem. Adi w końcu przyznał, że jeszcze nie możemy pojechać do jego domu, bo nie chce żeby jego współlokatorzy wiedzieli o mnie. Stwierdziłam, że jest to na tyle dziwne i dwuznaczne, że wolałam jednak zapłacić za hostel.

Na szczęście dostałam dwie pozytywne odpowiedzi na Couchsurfingu. Przygnębiona czekałam na Swarthy'ego przed sklepem, gdzie mieliśmy się spotkać. Adi czekał ze mną. W końcu pojawił się mój couchsurfingowy host, który zaprowadził mnie do domu. Byłam uratowana.

Swarthy to pseudonim artystyczny Australijczyka azjatyckiego pochodzenia, który jest zapalonym 19-letnim bodybuilderem, więc miałam niejako powtórkę z Kansas City. Swarthy nawet zaproponował mi pójście do siłowni, ale z wiadomych względów odmówiłam. Musiałabym być szalona, żeby tak przeciążać organizm.

 

Zanim jednak dotarliśmy do jego domu dowiedziałam się, że dla Swarthy'ego to również nie był najszczęśliwszy dzień w życiu. Niedawno usłyszał, że miłość jego życia go nie kocha.

Historia miłosna jest dosyć skomplikowana. Mój host długo przyjaźnił się z tą jedyną, w której podkochiwał się od jakiegoś czasu. Potem zbliżyli się do siebie, randkowali przez jakiś czas, aż ta jedyna obraziła się, bo uważała, że Swarthy nie chwali się swoim kolegom, że ma dziewczynę. Swarthy stwierdził, że w sumie nie ustalili "statusu swojej relacji", ale było już za późno. Swarthy więc wymyślił, że opowie o tym całemu światu i tak powstał projekt "27 dni nadziei". Przez 27 dni będzie przychodził na to samo wzgórze z widokiem na Perth i czekał na nią z transparentem mówiącym: "Wciąż Cię Becca kocham". Przez 27 dni również robi sobie zdjęcia pokazujące jak czeka na nią na tle zachodzącego słońca. 

 

Niestety wybranka powiedziała mu, że już go nie kocha. 

Dnia następnego wybrałam się na oglądanie samochodów. Postanowiłam najpierw kupić samochód, a później poszukać jakieś pracy, która może być nawet na pustyni - ważne żebym miała czym stamtąd wydostać się. Pierwszy strzał - van z wyposażeniem dla podróżujących po całej Australii. W środku łóżko, namioty, garnki itp. Myślałam, że to będzie mój samochód.

 

Na miejscu okazało się, że właścicielem jest Niemiec, który kupił go za 3 tysiące i zapłacił kolejny tysiąc za naprawy. Gruchot jest stary, zardzewiały i nade wszystko nie ma wspomagania kierownicy, więc podziękowałam biednemu Niemcowi, któremu poniekąd współczułam złej inwestycji.

Drugi samochód to toyota corolla. Tym razem nawet wyjechałam z parkingu co właściciel samochodu przypłacił niemal zawałem, bo w Australii ruch jest lewostronny. Poza tym prawo jazdy zdałam dwa miesiące temu.

 

Mimo to samochód spodobał mi się. Postanowiłam jednak zobaczyć jeszcze jeden - toyotę echo, na oglądanie której umówiłam się dnia następnego. Późnym popołudniem wybrałam się z Swarthy'm zobaczyć jego słynne wzgórze, a potem na kolację. 

W międzyczasie, jak już wspomniałam, dostałam kilka wiadomości od potencjalnych pracodawców lub współpracowników. Najbardziej kusząca była od Tamary, która zapytała czy mam prawo jazdy. Z dumą odpowiedziałam, że i owszem. Ta na to, że pracuje na farmie i jeździ tirem. Odpowiedziałam, że niestety nie mam prawa jazdy na tiry i nigdy ich nie prowadziłam (to, że za wiele kilometrów zwykłym samochodem nie przejechałam akurat przemilczałam). Odpowiedź Tamary nieco zbiła mnie z tropu. W Australii, jeśli jeździsz po farmach, to przymykają oko na brak odpowiedniego prawa jazdy. Najważniejszym dla niej pytaniem było - czy zabiłam kiedykolwiek jakieś zwierzę na drodze. 

 

Tu zaczęły się schody. Na kursie prawa jazdy ciężko byłoby zabić choćby gołębia, więc zgodnie z prawdą powiedziałam, że nie. Tamara powiedziała wtedy, że mogę skłamać i mam nagrać wiadomość dla jej pracodawczyni, że jestem Marta z Polski, szukam pracy i zabiłam w życiu dużo zwierząt. Najlepiej żebym powiedziała to z jajem, wtedy mam większą szansę na otrzymanie pracy.

 

Z Tamarą rozmawiałam po drodze do miejsca, gdzie miałam oglądać van. Kiedy ta poleciła mi nagrać wiadomość, schowałam się gdzieś w pustej uliczce Perth i powiedziałam między innymi, że mam gdzieś zwierzęta, zabijam je masowo i jak przejadę takiego kangura to dobrze, bo co się będą wałęsać po polach. Tamara była zachwycona. 

Później dotarło do mnie jak Tamara okrutnie ze mnie zadrwiła, jednak nigdy nie zapomnę tej zabawnej scenki kiedy chowałam się po kątach nagrywając wiadomość o radości z zabijania zwierząt. Nawet nie patrzyłam czy ktokolwiek mnie słyszał, bo wolałam nie widzieć min i spojrzeń przechodniów. 

 

Jak to mówią - nie ma tego złego. Oprócz Tamary napisał do mnie Tim, który zadał mi szereg pytań, w tym, czy nie przeszkadza mi brudna i ciężka robota. Jako osoba odpowiednio zdesperowana odpowiedziałam, że oczywiście, że nie. Tim uprzedził mnie, że potrzebuję kogoś na już i on jest teraz w Perth, więc, jeśli chcę, mogę się z nim zabrać. Poprosiłam jednak o dzień zwłoki. Nauczona na błędach pobytu w Quairading - koniecznie chciałam kupić samochód. 

 

Został mi ostatni samochód do zobaczenia. Do tego musiałam się wyprowadzić od Swarthy'ego i na ostatnią noc zatrzymałam się u Karana - Australijczyka, tym razem indyjskiego pochodzenia. 

Ostatecznie druga toyota - mimo namówień kilku osób, że niezawodna, że ekonomiczna - nie przypadła mi do gustu i postanowiłam kupić corollę. Chłop pamiętając jak zmagałam się z kierunkowskazami (znajdują się po drugiej stronie kierownicy niż w samochodach przeznaczonych do ruchu prawostronnego) umieścił przy kierownicy kartkę z napisem "kierunkowskazy" z błędem gramatycznym. Timowi obiecałam, że pojadę do niego jak tylko podpiszę stosowne dokumenty kupna samochodu. 

 

Ostatni dzień w Perth spędziłam pod znakiem relaksu. Poszliśmy z Karanem coś zjeść i pogadać o życiu. Następnego dnia rano miałam kupić samochód i pojechać na farmę do Tima. Na czym polegała ta brudna i ciężka robota? O tym...w kolejnej części.

Zobacz także

Witamy w wiosce - Quairading      Jak zostać debilem i            Calgary - miasto cowboyów

                                                                     nie zwariować

                      2 września 2016                                                  20 sierpnia 2016                                                    23 lutego 2016

Write a comment

Comments: 0