Witamy w wiosce - Quairading

 

 

Niecały tydzień odpoczywałam po męczarni w czterech samolotach i pięciu różnych krajach. Przyszła pora na kolejną podróż. Tym razem po dwóch lotach wylądowałam po drugiej stronie Australii w Perth położonym na południowo- zachodnim wybrzeżu. 

Wylądowałam w nocy. Szefowa poinformowała mnie, że przyjedzie po mnie Jim, pan złota rączka. Jim przyjechał rozklekotanym vanem, którym pojechaliśmy po ciemku przez las Mundaring do Beverley, miasteczka w którym spędziłam pierwszą noc w hotelu robotniczym. 

Wszędzie widziałam znaki ostrzegające przed kangurami. Miałam nadzieję, że żadnego nie rozjedziemy. Ze zmęczenia wyobraźnia zaczęła płatać figle i kiedy Jim nagle zatrzymał samochód myślałam, że zaraz mnie zaciuka w ciemnym lesie. Po dojechaniu do Beverley odetchnęłam z ulgą i zasnęłam jak zabita.

Quairading to miasteczko położone po środku niczego, około dwie godziny jazdy na wschód od Perth. Kiedy dojechałam do pubu, w którym miałam pracować i mieszkać z innymi pracownikami na górze, usiadłam przy barze i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. W Banff i Whistler miałam góry. Tutaj kilometry pól uprawnych i trzy ulice na krzyż.

Następnego dnia zaczęłam pracę jako barmanka. Do sprzedaży alkoholu w Australii wymagany jest certyfikat RSA, który szybko wyrobiłam online. Podczas kursu dowiedziałam się, że nielegalna jest sprzedaż alkoholu osobom wykazującym objawy zatrucia alkoholowego. Przepis ten najwyraźniej nie obowiązuje na wsi. Pierwszego dnia bar został wypełniony po brzegi pijanymi i w większości bezzębnymi rolnikami, którym żwawo polewaliśmy piwo na zmianę z wódką/ rumem / szkocką lub whiskey. 

 

Nigdy w życiu nie wykonywałam tej pracy i muszę przyznać, że bycie alkoholowym ignorantem nie pomagało. Nie przepadam też za alkoholowymi libacjami, więc nie byłam najszczęśliwszą osobą na świecie.

Po zamknięciu i posprzątaniu siedzimy z całą załogą i pijemy piwo plotkując, albo gadając o niczym. Mamy głównie stałych klientów. Z rana przychodzą Aborygeni (w sensie potomkowie Aborygenów), których ledwo idzie zrozumieć, bo mówią szybko i niewyraźnie, a pijani jeszcze lubią awanturować się. Potem przychodzą klienci po całe kartony piwa, albo żeby usiąść w spokoju na "jednego lub dwa". Wieczorem za to pojawia się mieszanka wybuchowa w postaci pijanych farmerów, których najchętniej unikałabym jak ognia.

 

Czasem jednak zdarzają się śmieszne historie. Jeden ze szczerbatym (ale za to szczerym!) uśmiechem i zamglonymi oczami po krótkim, standardowym zestawie pytań (skąd jestem, jak mam na imię, na jak długo tu zostaję) usłyszałam: przed Twoim wyjazdem zdobędę Twój numer telefonu, hyhyhy!!!

 

Innym z kolei razem rozmawiałam z jednym rolnikiem, na oko +40 lat. Opowiadam o Polsce (tak moi Państwo, Australijczyków też edukuję), globalnym ociepleniu i dupie Maryny (w przenośni, nie dosłownie, Maryny niech się nie obrażają). Rolnik po pięciu piwach wychodzi. Chwilę później podchodzi znikąd Aborygenka i tylko mówi: To był Tom. Tom jest nieśmiały, samotny i bardzo bogaty.

Czasem też moim bezzębnym farmerom zbierało się na zwierzanie się i kręcąc szklaneczką ze szkocką z lodem opowiadali o swojej pracy, pieniądzach, samochodach, zbożu czy co tam im przychodziło do głowy. Nie zawsze też rozumiałam ich prowincjonalnego akcentu, więc polerując lampki potakiwałam mając nadzieję, że o nic niestosownego mnie nie pytają.

 

Apropos niestosowności. Pijanym farmerom nieraz zdarzało się powiedzieć o jedno słowo za dużo. Poinstruowano mnie, żeby gruboskórnie odpowiadać "spier*alaj", ale też bez przesady, bo w końcu klienci są najważniejsi. Z czasem miałam wrażenie, że wylądowałam w piekle.

Pracowałam sześć dni w tygodniu po pięć-sześć godzin. W wolnych chwilach zajmowałam się szukaniem samochodu lub czytaniem książek. Czasem też wybierałam się na spacer przez pola. Zimą w Australii krajobraz przybiera soczyście zielony kolor, więc miałam co podziwiać.

 

Courtney - moja osiemnastoletnia współpracowniczka czasem zabierała mnie na różne wydarzenia, czy wycieczki. Razem poszłyśmy między innymi na becz footballowy. Do końca nie wiedziałam o co jej chodzi, bo mówiła coś o footie i footie boys. Australijczycy lubią wszystko skracać i zdrabniać.

Przed pracą urządzałam sobie wycieczki po okolicy. Czasem szłam przez pola i natrafiam na różne stworzenia. Na szczęście śmiercionośnych pająków ani żywych węży nie widziałam.

Z czasem zaczęłam sobie wmawiać, że jakoś przeżyję i postawiłam sobie za cel kupno samochodu. Pytałam wszystkich farmerów, czy nie znają kogoś kto sprzedaje samochód. Problemem jednak była komunikacja. Z jednym już prawie targu ubiłam gdyby nie to, że pijany stwierdził, że zamiast 1.5 tysiąca dolców chce jednak 5.

Australijski akcent jest trudny, do tego muszę nauczyć się ichnego slangu, bo nikt mi nie daje forów, że jestem z Europy. Raz klientka do mnie powiedziała, że chce zamówić herbatę (tea). Zapytałam ją więc ze zdziwieniem ile chce tej herbaty. Powiedziała, że dwie, więc pobiegłam do kuchni nastawić wodę w czajniku. Niepewnie podeszłam do managerki i zapytałam ją po ile mam skasować babkę za dwie herbaty.

 

Okazało się, że oni tak mówią na obiad.

Takich pomyłek miałam sporo, aż zdołowało mnie to całkowicie. Z marazmu wyciągała mnie Courtney, z którą zabrałam się do pewnego Parku Narodowego, ale o tym...w kolejnej części.

Zobacz także

    Jak zostać debilem i nie                     Gold Coast                            Australio! Nadchodzę!

              zwariować

                   20 sierpnia 2016                                                   9 siernia 2016                                                      8 sierpnia 2016

Write a comment

Comments: 1
  • #1

    best essay writing service (Saturday, 22 April 2017 00:43)

    Glad I read this information its really helpful for me and I will save it too. Thanks for sharing with everyone.Very useful stuff for everyone who read it and for me too. Thank you for this kind of stuffs.