Jak zostać debilem i nie zwariować

 

 

 

Kiedy zaczęłam pisać swojego bloga, byłam już kilka miesięcy w Kanadzie i - można powiedzieć - w miarę zadomowiłam się. Zapomniałam o swoich początkach na emigracji. Wiadomo - mózg wypiera złe wspomnienia. 

Każdy kto kiedykolwiek wyemigrował - na pół roku, rok czy na stałe - wie, że to nie tylko góra pieniędzy i wielka przygoda połączona z ładnymi fotkami na instagramie. To często walka z własnymi słabościami, chowanie dumy do kieszeni i zgrzyt zębów w nocy. Po ponad roku prowadzenia bloga i siedemdziesięciu wpisach okraszanych ładnymi fotkami, postanowiłam napisać coś bardziej intymnego - również okraszanego ładnymi fotkami, haha.

Największy problem to oczywiście bariera językowa. Możesz świetnie posługiwać się językiem na wczasach za granicą, możesz nawet zrelaksowana prowadzić wielogodzinne konwersacje z obcokrajowcami przy butelce wina, albo czytać zagraniczne portale internetowe bez zbyt częstego zaglądania do słownika. Nagle lądujesz za ladą w sklepie i mózg dosłownie Ci się wyłącza. Zaczynasz powoli panikować. Stres, pośpiech, upomnienia współpracowników i poirytowane miny klientów, którzy muszą kilka razy powtórzyć zamówienie, a na koniec i tak przyniesiesz nie to, co trzeba. Nie ważne, że jesteś oczytana, inteligentna i masz świetne poczucie humoru. Wystarczy, że staniesz za ladą w sklepie za granicą i cała Twoja samoocena spada na łeb na szyję. Im bardziej lubisz wyrafinowane rozmowy w języku ojczystym, tym boleśniejszy upadek przy poczuciu totalnego zidiocenia i niemożności sklecenia najprostrzego zdania w obcym języku. A to dopiero początek góry lodowej.

Często bywa tak, że kiedy ktoś do mnie mówi wielokrotnie złożone zdanie, wychwycę tylko kilka słów, z których dopowiadam sobie znaczenie całej wypowiedzi. Jeżeli nie jestem pewna, zadaję pytanie, które brzmi jak mowa trzyletniego dziecka. Przykładowo: - Ja iść do kuchni? 

 

Często coś źle zrozumiem, odpowiem nie na temat, zignoruję...Wynika stąd wiele nieporozumień, zwłaszcza, że często mi mówią, że świetnie mówię po angielsku. W razie pogorszenia umiejętności językowych, nagle ludzie uświadamiają sobie, że jednak taka perfekcyjna nie jestem i zaczynają do mnie mówić jak do...trzyletniego dziecka.

 

Poza tym, każdy imigrant Ci to powie: najgorsze są żarty. Przyjdzie Ci taki jowialny Amerykanin z Teksasu czy farmer z Australii i sypnie jakimś szybkim żartem, którego za grosz nie rozumiesz, bo żadnego słowa nie wychwycisz. Wiesz tylko, że to żart i masz się śmiać, bo on się śmieje. Wykrzywiasz się więc w niepewnym uśmiechu, bo nie wiesz, czy właśnie zostałaś obrażona, czy to był tylko niewinny żart.

Poza oczywistą barierą językową jest również problem z pracą: zazwyczaj sezonową. Po pierwsze: pieniądze. Od samego początku musisz walczyć o godziny i pilnować żeby w każdym tygodniu wyrobić cały etat. Jeśli nie upomnisz się, dostaniesz nawet kilkanaście godzin mniej, co równa się oczywiście mniejszym zarobkom. W każdej pracy za granicą musiałam walczyć o dodatkowe godziny pracy, a czasem i wyjaśniać pomniejszoną stawkę godzinową. Nie muszę chyba mówić jak stresujące i upokarzające jest to zajęcie. 

 

Po drugie: współpracownicy. Zależy gdzie trafisz, ale wszędzie znajdzie się zakała, która kabluje wszystko managerowi. Za granicą jest to podwójnie ciężkie, bo budujesz swoje życie socjalne od podstaw, a nowych przyjaciół najłatwiej jest poznać w pracy. 

 

Po trzecie: prestiż. A właściwie jego brak. Choćbyś ukończył trzy kierunki studiów, znał się na polityce, planetach i sztuce - jest mało prawdopodobne, że od razu znajdziesz pracę w zawodzie, zwłaszcza jeśli masz wizę roczną lub półroczną. Lądujesz więc w sklepie, sprzątasz hotele, myjesz gary w kuchni i od czasu do czasu zasępisz się nad myślą: - Co ja tu do cholery robię?!

Wracając do życia socjalnego. Przyznaję, potrafię sobie wyrobić znajomych. To jednak wymaga czasu i energii, która słabnie w obliczu piętrzących się problemów emigranta. Niestety, moja energia często wyczerpuje się z powodu słabszego radzenia sobie ze stresem. Pierwsze więc tygodnie na emigracji wyglądają u mnie tak, że siedzę sama w pokoju i czytam książki/ oglądam internety, lub spaceruję po okolicy tęskniąc za swoimi przyjaciółmi oddalonymi o kilka- lub kilkanaście stref czasowych. 

Niektóre zbudowane za granicą znajomości są do tej pory utrzymywane, niektóre rozpadły się śmiercią naturalną. Związki z obcokrajowcami natomiast to czasem rodeo i jazda bez trzymanki. Może dlatego, że życie za granicą jest generalnie stresujące, może dlatego, że kiepsko wyjaśniam po angielsku co mi chodzi po głowie. Tu akurat nie wypowiem się, bo żadnej poważnej relacji nie zbudowałam.

Rozmawiając z innymi osobami na temat emigracji, każdy mówił o swoich trudnych początkach. Nieraz o szoku kulturowym, porażkach, frustracjach, smutkach i poczuciu, że chce się wracać do domu. O tęsknocie za stabilnością i swoim dawnym, dobrze znanym życiu.

 

Moją receptą na pierwszy kryzys poemigracyjny jest przeczekanie i żalenie się znajomym. Pisanie bloga też mi pomaga. W Kanadzie dodatkowo miałam świetne tereny do spacerowania, co też dobrze wpływa na obniżenie stresu. W Australii jest trochę ciężej, bo co najwyżej mogę po polu uprawnym pospacerować. Kupno samochodu powinno załatwić sprawę.

Zobacz także

  Zacznę od tego, że jestem         Przystanek 20: Indiana               Australio! Nadchodzę!

               debilem 

                  9 sierpnia 2015                                                    29 czerwca 2016                                                      8 sierpnia 2016

Write a comment

Comments: 0