Australio! Nadchodzę!

 

W połowie maja przyleciałam do Polski. W połowie zaś lipca dostałam wiadomość: "Pragnę poinformować, że znalazłaś się wśród niewielkiej, 200 osobowej grupy szczęśliwców, którzy w III edycji programu otrzymali wizę Work and Holiday (462) do AUSTRALII!" 

 

 

Dwa tygodnie później wsiadłam do samolotu.

Wylot miałam z Pragi. Postanowiłam z koleżanką pojechać tam na Couchsurfing. Ewelina w niedzielę wróciła do Wrocławia, ja przeniosłam się do hotelu, gdzie spędziłam ostatnie dni z rodzicami, którzy w poniedziałek dołączyli do mnie.

Kilka ładnych lat temu Pragę zwiedziłam wzdłuż i wszerz, więc tym razem po prostu chodziłyśmy z Eweliną po mieście bez specjalnego celu. Mimo to - według mojego krokomierza - zrobiłyśmy dokładnie 39.9 kilometrów. 

 

- Brzmi jak wyzwanie - rzuciłam w nocy, kiedy wracaliśmy już do domu. Licznik o północy zaczął liczyć kroki od nowa.

Z kolei z rodzicami mieliśmy już bardziej skonkretyzowany plan zwiedzania. Weszliśmy do zamku, katedry, kilku kościołów i dla relaksu popłynęliśmy wzdłuż Wełtawy. Zmęczeni, acz zadowoleni położyliśmy się spać nastawiając budzik na 5 raną. Dnia następnego miałam wylot.

Zaczęła się moja 32-godzinna podróż na drugi koniec świata. W Kanadzie byłam osiem godzin do tyłu, w Australii zaś miałam być osiem godzin do przodu względem Polski. Nie ma bezpośredniego lotu do Australii z Polski i nie sądzę żeby była w ogóle jakakolwiek możliwość lotu z Europy bez przesiadek. Jak zwykle jednak musiałam sobie skomplikować życie i chcąc zaoszczędzić jakieś dwieście-trzysta dolców, wybrałam najbardziej wariacki lot jaki mogłam znaleźć w najbliższym terminie. Cztery loty, trzy różne linie lotnicze i do tego konieczność odprawy bagażowej za każdym razem. Psychicznie byłam przygotowana na wszystko.

Na bilecie miałam napisane, że o ewentualne wizy sama muszę zadbać. Doczytałam to dopiero po zakupie, jednak pomyślałam, że w razie czego wizy tranzytowe powinnam dostać bez problemu. Mina mi rzedła coraz bardziej jak czytałam na temat Indii. Ubieganie się o wizę tranzytową przypomina aplikowanie do wizy USA. zaświadczenie, zdjęcie, wysłanie paszportu do ambasady i modlenie się, że paszport wróci do Polski przed terminem wylotu. Na to nie mogłam sobie pozwolić. Nie miałam zamiaru opuszczać lotniska w Indiach więc poszłam na żywioł. Pierwszy przystanek - Dubaj.

Lot do Dubaju miałam opóźniony o godzinę. Co ciekawe, kiedy samolot wylądował, Czesi zaczęli klaskać, a co niektórzy nawet wiwatować.

 

Mimo spóźnienia, mędzy lotami dalej zostały mi dwie godziny, więc spokojnie przeszłam odprawę paszportową by nadać ponownie bagaż. Wyszłam z terminalu, by dojść do innej części lotniska skąd mogłam przejść po raz drugi odprawę. Mimo później godziny (koło 23) buchnął gorący żar z nieba, że ledwo szło oddychać. Z szokiem też odkryłam, że na lotnisku puszczają z głośników jakieś arabskie pieśni. Głowy nie dam, ale prawdopodobnie religijne. W końcu podeszłam do czarnookiego arabskiego księcia, który zapytał mnie o wizę do Indii - mojej kolejnej destynacji. Byłam już na tyle zmęczona, że zamiast stresować się, spokojnie poprosiłam księcia o nadanie bagażu do Kuala Lumpur, dokąd miałam lecieć z Indii. Książę po konsultacji z hinduskim kolegą zgodził się, za co solennie podziękowałam i pomaszerowałam do bramki. Co ciekawe, w Dubaju kontrola bezpieczeństwa odbywa się mniej dokładnie niż w Europie czy Ameryce. Nawet nie kazali mi wyciągać całej elektroniki z plecaka.

Do Indii leciałam samolotem wypełnionym Hindusami ubranymi w kurtki i długie spodnie od garnituru (?!) i - dla odmiany - grubymi Hinduskami ubranymi w oczojebne sari. Na moim miejscu siedziała starsza matrona, która nie rozumiała czemu pokazuję, że to moje miejsce. Podeszłam do stewarda, który z bolesnym westchnieniem zajął się sprawą. Brzmiało to tak, jakby to nie był jego pierwszy lot do Indii, państwa gdzie nikt nie przejmuje się etykietą ani zasadami. Wkrótce pożałowałam tego, że wykłócałam się o swoje miejsce. Obok mnie zasiadł śmierdzący potem chudy Hindus, który prawie chrapał na moim ramieniu. Ledwo samolot ruszył, a pokład wypełniła hinduska muzyka i płacz dzieci. Podłączyłam telefon do ładowania i z ulgą zasnęłam.

 

Kiedy obudziłam się wciśnięta jak najmocniej w stronę okna, żeby Hindus nie spał na moim ramieniu, zobaczyłam, że mój towarzysz podróży bezpardonowo podkradł mi kabel i zaczął ładować swój telefon. Jak ten zorientował się, że go przyłapałam na gorącym uczynku, zaczął niby przepraszać, ale stwierdził, że przecież telefon prawie mam naładowany.

 

Ledwo koła samolotu dotknęły ziemi, a wszyscy Hindusi - jak jeden mąż - wstali i zaczęli zbierać się do wyjścia nie zważając na prośby obsługi, żeby zostać na miejscu aż do zatrzymania samolotu. W końcu zabrałam bagaż podręczny i zadowolona skręciłam do transferów, gdzie zostałam shaltowana przez chudą Hinduskę, której na nic nie zdały się tłumaczenia, że bagażu nie muszę odbierać, bo mam nadany do mojej kolejnej destynacji. 

- Pani pójdzie do imigracji, pani tam wytłumaczy.

 

Wyłuszczyłam mundurowemu, że chcę iść prosto do transferów, a bagaż mam nadany gdzie indziej. Mundurowy zadzwonił po przedstawicieli mojej linii lotniczej, którzy zebrali się wokół mnie kiwając głowami, że mamy problem, bo nie mam wizy. Z całej piątki chudych hindusów wyłonił się najwyższy i najchudszy, który zajął się moją sprawą. Kazał usiąść przy dziale imigracyjnym i czekać. Usiadłam więc i czekałam.

Do kontroli paszportowej co jakiś czas zbierała się kilometrowa kolejka. Obcokrajowcy, po odbębnieniu kilkunastominutowego czekania w kolejce za Hindusami, odsyłani byli gdzieś indziej. Momentami miałam wrażenie, że celowo zrobili mało widoczny znak informujący o tym, że dla nich kontrola znajduje się gdzieś indziej. Potem widząc pary hipisów, natchnione blond piękności, albo różnorodnych obcokrajowców w butach trekkingowych i z dużymi plecakami turystycznymi, sama pokazywałam im gdzie mają iść.

 

Co jakiś czas wpadał jak burza mój chudy jak patyk i wysoki jak drzewo Hindus, który informował mnie o postępie mojej sprawy. Po dwóch godzinach podziwiania kolorowego tłumu sprawa ruszyła z kopyta. Chudzielec zabrał mój paszport, który z niechęcią oddałam i wrócił zadowolony z biletem oraz stosem podpisanych i zapięczątkowanych dokumentów. Uchachany stwierdził, że możemy iść, bagaż mam nadany do Australii, bilet jest już gotowy, możemy się odprawiać.

Szłam pospiesznym krokiem za moim wybawcą, który każdemu napotkanemu mundurowemu pokazywał stosowne pozwolenia. Byłam niczym VIP. Wszystkie zamknięte drzwi szeroko przede mną otwierały się, kontrolę bezpieczeństwa przeszłam poza kolejką, aż chudy wybawiciel pokazał mi moją bramkę, przy której miałam czekać na lot do Kuala Lumpur. Solennie podziękowałam i usiadłam na sekundę, by chwilę potem wstać i zacząć eksplorować sklepy. Kiedy studiowałam Kamasutrę (no co! Byłam ciekawa!) podszedł do mnie niziutki pracownik, który zapytał, czy lecę tą-a-tą linią do Kuala Lumpur. Potwierdziłam.

 

- Pani podejdzie do bramki, pani usiądzie i pani czeka, zaraz będziemy otwierać. 

Do samolotu weszłam jako pierwsza. Potem jako ostatnia, bo z przerażeniem odkryłam, że zgubiłam gdzieś saszetkę, w której trzymałam prawo jazdy. Po zobaczeniu miny stewardessy widziałam, że już mnie chyba mają dość. Na szczęście prawo jazdy znalazło się, a do tego samolot był na tyle pusty, że miałam trzy siedzenia dla siebie. Zasnęłam na prawie całe cztery godziny i z ledwością zmusiłam się do podziwiania widoku wysp położonych w pobliżu Kuala Lumpur.

 

Znowu ledwo koła samolotu dotknęły ziemi, a niemal wszyscy wstali i zaczęli zbierać się do wyjścia. Przede mną cztery godziny czekania i ostatni lot do Coolangatta - lotniska przy Gold Coast w stanie Queensland - celu mojej podróży.

Po ponad siedmiu godzinach lotu dotarłam do Australii. Przywitała mnie ulewa i tak gęsta mgła, że jak samolot wylądował sama miałam ochotę zacząć klaskać. Co ciekawe, w odróżnieniu od Kanady, tu nie miałam szczegółowego wywiadu z urzędnikiem do spraw imigracyjnych, który tylko walnął mi pieczątkę do paszportu i powiedział: - Miłego dnia.

 

Na lotnisku czekała na mnie Paige - koleżanka, którą poznałam w Whistler. Zaczęłam szukać pracy i trochę zwiedzać. O tym jednak...w kolejnej części.

Zobacz także

                Gold Coast                        Jak zostać debilem i nie     Witamy w wiosce - Quairading

                                                                     zwariować

                       9 sierpnia 2016                                              20 sierpnia 2016                                                    2 września 2016

Write a comment

Comments: 1
  • #1

    Piotrek (Monday, 08 August 2016 02:02)

    Fajna historia, nudno by bylo tak po prostu doleciec do celu ;-) ja imigracyjny tez kiedys odsiedzialem lecac do Kanady ale na Kubie. Tez wspominam to z usmiechem :-) powodzenia od znajomych z Banff i Lublina