Zacznę od tego, że jestem debilem

 

 

Do Kanady przyleciałam dokładnie cztery miesiące temu. Do tej pory nie widziałam niedźwiedzia ani zorzy polarnej. Dziś w nocy mogłam to zmienić.

 

Banff wiosną

Do Banff znajdującego się w Albercie, w samym sercu gór Skalistych, przyjechałam na ciepłą posadkę w recepcji w trzygwiazdkowym hotelu. Zero doświadczenia w pracy w hotelu, bliżej niesprecyzowane plany na przyszłość, rzucenie pracy w "prawie korpo" w Polsce i brak towarzysza podróży nie odwróciło mnie od raz podjętej decyzji. 

 

Pamiętam ten dzień. Była siódma rano, Poniedziałek Wielkanocny. Wsiadałam do autobusu jadącego z Wrocławia do Warszawy i udawałam smutek przed rodzicami i przyjaciółką, którzy melancholijnie uśmiechali się i machali na pożegnanie. Mimo czekającej mnie długiej podróży (wylot z Warszawy do Nowego Jorku, przesiadka na inne lotnisko, jednodniowa bezdomność i czekanie przez całą noc na kolejną odprawę do Calgary) czułam w sercu jedynie radość, ekscytację i pewność, że to dobra decyzja. Po czterech miesiącach mogę tylko zacytować Edith Piaf: Niczego nie żałuję. W Kanadzie moja skłonność do ryzyka, otwartość na doświadczenie i impulsywność rozwinęły skrzydła już doszczętnie. Będzie o czym opowiadać.

Vermilion Lakes za dnia

Wracając jednak do recepcji. Dziś siedząc za ladą i czekając na koniec zmiany nagle dostałam powiadomienie na komórkę o możliwości wystąpienia zorzy polarnej nad Alaską, Kanadą i północną częścią USA. Po szybkim bilansie zysków i strat - Jutro wolne więc mogę nie spać do późna - powiedziałam sobie, że czas najwyższy zapolować na aurorę borealis! Jakem postanowiła tak wykonałam.

 

Pojechałam nad jeziora Vermilion rowerem zaopatrzona w zakupione na Amazonie lampy do nocnych wypraw. Wsiadając na swojego dzielnego Derka (tak nazwałam swój rower, nie pytaj czemu) i po zapaleniu lampy o mocy samochodowego reflektora wyruszyłam prosto w mrok. Gdy tylko opuściłam bezpieczne miasteczko momentalnie zwątpiłam. A co jeśli zaraz niedźwiedź wyskoczy? Nawet nie zabrałam ze sobą gazu pieprzowego na te potwory i czemu do cholery znowu nikogo nie udało mi się namówić na wyprawę??!! 

Pokonałam strach. Dojechałam nad jezioro, skierowałam prosto na nie lampę i skamieniałam jak zobaczyłam przerażające w ciemności stadko kaczek, które głupowato patrzyły na mnie oniemiałe i niemniej ode mnie zdziwione. Potem spojrzałam w niebo i zobaczyłam tyle gwiazd, że sama już nie wiedziałam, czy pogłębiła mi się wada wzroku, doznałam zawrotu głowy od zmęczenia, czy na świecie faktycznie jest aż tyle gwiazd widocznych z Ziemi. Żadnych kolorowych światełek jednak nie dostrzegłam, ale wiedziałam, że aparat może je zarejestrować, więc żwawo wyciągnęłam swój nowy nabytek i cyknęłam pierwszą fotkę.

 

Aparat ma jednak gdzieś moje marzenia o wspaniałych zdjęciach na bloga. Stwierdził bez cienia zażenowania, że sorry kochanie, nie dziś, nie mam karty SD.

 

Cóż mi pozostało? Włączyłam na głos muzykę, położyłam się na trawce i podziwiałam sklepienie niebieskie nerwowo co jakiś czas rozglądając się na boki.  Niestety widok ten zostanie zapisany tylko w mojej pamięci, ale może za drugim razem nie zapomnę o tej przeklętej karcie...

Zobacz także

 Dwa hity Parku Narodowego  Wspomnienie Mount Rundle       Najpiękniejsza trasa

                    Banff                                                                                         turystyczna w Banff      

             30 czerwca 2016                                                     5 listopada 2015                                                23 września 2015

    

Write a comment

Comments: 1
  • #1

    Natalia (Wednesday, 12 August 2015 05:44)

    Marta podziwiam i zazdraszczam BARDZO! będę tutaj częstym gościem :)